Maj

1 maja 2014 rok

DSC01338

Dzisiaj mam wolne, więc jak każdy normalny pszczelarz… robię ramki. Bo wiadomo — w sezonie ramki znikają szybciej niż cukier na zimowli. Siedzę sobie spokojnie, aż tu nagle koło południa słyszę jakieś podejrzane „buuuuuu”. Myślę: albo sąsiad znowu coś kombinuje, albo… no właśnie. W tym momencie żona krzyczy z ogrodu: „Chodź tu szybko!”.

Wychodzę, patrzę — a tam klasyka gatunku: kłębowisko pszczół jak z podręcznika. Oczywiście roją się. Oczywiście wtedy, kiedy nie mam ani nowego ula, ani starego gotowego. Oczywiście z czwórki, bo czemu by nie.

Rój siada nad śliwką. No pięknie. Postanawiam wypróbować metodę Krzyśka — „połączenie rójki”, czyli pszczelarska wersja „wracajcie do domu, dzieci”. Szybko robię platformę, jednym okiem patrzę na rój, drugim szukam myjki ciśnieniowej. Bo jak już coś robić, to z rozmachem.

Myjka działa, pszczoły mokre, ale zadowolone. Tylko wysoko siedzą, więc biorę drabinę. Trochę podcinam gałązki, podwieszam karton z ramką i robię klasyczne „strząśnięcie”. Rój spada… ale nie tam, gdzie trzeba. No jasne. Druga próba — tym razem elegancko do pudełka.

Zamykam pudełko, zaklejam taśmą wszystkie dziury, zostawiam jedną, żeby wiedziały którędy wejść. Po godzinie pszczoły uspokojone, rój kompletny, ja spocony, ale szczęśliwy.

W międzyczasie kończę platformę z płyty pilśniowej. Przeglądam ul nr 4 — matek brak, mateczniki wycinam. Wysypuję rój przed ul na platformę. Widok jak z bajki: pszczółki idą jedna za drugą jak po pszczelej autostradzie, żadnych korków, żadnych wypadków, pełna kultura ruchu.

A w dziewiątce (wielkopolski) dorzuciłem drugi korpus i trzy ramki z węzą — niech mają, zasłużyły.

4 maja 2014 rok

DSC_0002

W ulu nr 2 pszczoły stwierdziły, że też chcą mieć swoje pięć minut i… wyroiły się. No bo czemu nie, skoro sezon w pełni. Przeglądam ul, wycinam mateczniki, a żeby nie było im smutno, wstawiam elegancki matecznik z trójki — taki „import premium”, żeby miały poczucie luksusu.

W trójce z kolei pszczoły już zaczęły produkować mateczniki na potęgę, jakby rozdawali za darmo. Ale znalazłem matkę, więc spokojnie wycinam te ich „plany emigracyjne”, dostawiam ramki i liczę, że wyjdą z nastroju rojowego. Mają nadstawkę, miodu przybywa, więc powinny się uspokoić — zajęte pszczoły to grzeczne pszczoły.

Sprawdzam czwórkę po tym całym „ponownym połączeniu rójki”. Matki nie widzę, ale jajeczka są, więc chyba wszystko gra. Pszczoły robią swoje, ja robię swoje — idealna współpraca.

W piątce matka obecna, ale pszczoły zdążyły już narobić mateczników, jakby szykowały referendum „wychodzimy czy zostajemy”. Wycinam wszystko, dostawiam ramki z węzą. Ul pełny, pszczoły zajęte, nastrój rojowy powinien opaść. Trzeba będzie wstawić nadstawki… ale oczywiście jeszcze ich nie mam. Klasyk.

W szóstce matki nie widzę, ale jajeczka są, więc jest ok. Wycinam mateczniki, a w ulu miodu tyle, że pszczoły mogłyby otworzyć własną hurtownię.

W siódemce matki też nie widziałem, ale jajeczka są, więc znowu jest ok. W nadstawkach miodu dużo — pszczoły pracują jak na akord.

W ósemce sprawdzam, gdzie podziała się matka, bo ostatnio jej nie widziałem. No i znalazłem ją… w miodni. Przeszła przez kratę jak ninja. Pszczoły czasem robią rzeczy, których nawet producent kraty nie przewidział.

10 maj 2014 rok

Pierwsze miodobranie.

Nadspodziewanie miodu jest bardzo dużo. A właściwie… bardzo, bardzo dużo. Rzepak kwitł wokół pasieki jak szalony, więc pszczółki nazbierały tyle, że mogłyby otworzyć własną fabrykę słodyczy.

Zebrałem miód z uli 1–6 i z ósemki. Z 7, 9 i 10 nie brałem — niech mają, niech się cieszą. W sumie żona wytrzepała około 60 litrów miodu. Tak, sześćdziesiąt. To już nie jest pasieka, to jest produkcja przemysłowa.

W tym roku żona mi pomaga: ja noszę ramki, a ona odsklepia i wiruje. Wirujemy jeszcze na starej wirówce na korbkę — takiej po dziadku. Mechanizm pamięta czasy, kiedy pszczoły były jeszcze na kartach historii, ale działa. Zrobiłem nowy stojak i bęben, a reszta to klasyk vintage. Całkiem nieźle wiruje, ale zapisałem się na nową trzepaczkę. W przyszłym roku będziemy mieli sprzęt, że pszczoły same będą chciały oddawać miód.

Sprawdzam jeszcze, co z matką w szóstce, bo ostatnio jej nie widziałem. No i niestety — ani matki, ani jajeczek. Pustynia. Poddaję więc mateczniki z trójki, niech mają „importowaną królową”.

Podobnie w ósemce — matki nie widzę. Pszczoły chyba bawią się w chowanego, tylko ja nie znam zasad tej gry.

20 maja 2014 rok

Biorę ramki do wytrzepania z pozostałych uli — z czwórki z nadstawki, z siódemki i z dziesiątki. Nie ma tego dużo, jakieś 15 litrów. Czyli „mała dolewka” do tych 60 litrów, które żona już wytrzepała. W tym tempie będziesz musiał kupić większą spiżarnię albo otworzyć sklepik „Miód u Janka”.

Sprawdzam, co się dzieje w czwórce… i oczywiście widzę, że się wyroiły. Czyli po tym całym ponownym połączeniu i tak ich nie upilnowałem. Pszczoły mają swoje plany, ja mam swoje — i jak zwykle realizują tylko swoje. Znalazłem nową matkę, zaznaczyłem ją, żeby następnym razem nie bawić się w „Gdzie jest Wally?”.

W ósemce też nie ma matki, za to są mateczniki. No to pięknie — kolejny ul, który postanowił zrobić sobie wycieczkę w plener. Rójki w tym roku idą jak w promocji.

Sprawdzam dziewiątkę. Czerw trutowy wyciąłem, ale matki nie widziałem. Pszczoły chyba grają w chowanego na poważnie. Albo matka poszła na urlop bez zgłoszenia.

21 maja 2014 rok

Znowu dzwonią sąsiedzi. To już klasyk: „Panie Janie, pszczoły znowu latają!”. Przyjeżdżam szybko, patrzę — wiszą na śliwce. No pewnie, gdzieżby indziej. Śliwka to już oficjalne miejsce spotkań Twoich rójek, jakby miała własny regulamin i godziny otwarcia.

Rój ładny, szkoda go, ale… nie mam już wolnego ula. Zero. Magazyn pusty. Zbieram więc rój do paczki z ramką miodu — żeby miały „prowiant na drogę”. Jak wszystkie już weszły, wstawiam paczkę do piwnicy. Niech tam siedzą, jak w hotelu robotniczym.

I wtedy przypominam sobie film, w którym ktoś robił ul ze styroduru. No to myślę: A co, ja nie zrobię? Wsiadam w auto, jadę do miasta, kupuję dwie płyty styroduru 10 cm, wkręty i piankę. 120 zł — taniej niż nowy ul, a zabawa gratis.

W domu rozrysowuję wymiary. Będzie ul wielkopolski. Widzę, że z tych płyt wyjdą dwa korpusy i nadstawka. Ale czas nagli, więc robię na razie tylko jeden korpus. Skręcam ścianki na piance, idzie jak złoto. Trochę więcej roboty przy dennicy i daszku — wycinam z płyty pilśniowej, dokręcam ramki, żeby wszystko się ładnie wsuwało. Daszek obijam papą, żeby wyglądało profesjonalnie.

Patrzę na efekt — no powiem Ci, że całkiem nieźle. Jakby fabryka uli miała promocję „zrób to sam”.DSCN6446

Wieczorem wsypuję pszczoły do nowego ula. Tak powstaje ul nr 14ście — świeżutki, pachnący styrodurem, gotowy do akcji.

Później dorobię drugi korpus i pomaluję farbą fasadową, żeby pszczoły nie zgryzały ścianek. Bo znając moje pszczoły, jak im się nie spodoba kolor, to same zrobią „remont”.

 

 

23 maja 2014 rok

Nowa rójka znowu siadły na cisie, więc nie było problemu z zebraniem ich. Jak się uspokoiły wsypałem je do ula nr 13. DSC_0016Dostałem go za niewielką zapłatą od mojego sąsiada pszczelarza. Jest już w podeszłym wieku i ostatnio dość poważnie chorował. Postanowił to, co mu zostało rozdzielić. Dał mi jeszcze dwa ule z pszczołami. Na razie stoją w jego ogrodzie.

25 maja 2014 rok

DSC_0001

W ulu nr 1 poszła rójka. No jasne, bo czemu by nie — przecież rójki w tym roku mają u Ciebie karnet sezonowy. Mateczniki wyciąłem, zostawiłem tylko dwa, żeby nie było całkowitej anarchii. To duży ul warszawski, a matka z 2013 roku… szkoda, że nie udało się jej utrzymać. Tyle lat pracy, a pszczoły stwierdziły: „Robimy restart”.

W ulu nr 2 już jajeczka — czyli pełen sukces. Matka się wylęgła, zaczerwiła, wszystko działa jak w podręczniku. Dużo zasklepionego miodu, pszczoły pracują jak na normy unijne.

Zaglądam do trójki — matka jest, miodu dużo, pszczoły najlepsze w całej pasiece. Rozwijają się pięknie, rojenie da się opanować, a co najważniejsze: pracują jak pszczelarska elita. Gdyby były ludźmi, miałyby dyplom „Pszczoła Roku”.

Sprawdzam czwórkę po tych wszystkich perypetiach z ponownym łączeniem i ucieczką rójki. Jestem ciekaw, czy matka się unasięniła i czerwi. Robię przegląd… i nie widzę matki. A przecież ją zaznaczyłem, więc powinna świecić jak latarnia. Ale nie ma. Widocznie podczas lotu godowego zginęła. Zdarza się — pszczele randki bywają ryzykowne. Tylko teraz będę miał z tym rojem kłopoty.

Zaglądam do piątki — moje zabiegi antyrojowe na nic się zdały. Wyroiły się, bo oczywiście. Widzę, że matka się wykluła. W trakcie przeglądu znalazłem ją i zaznaczyłem. Przynajmniej tu mam kontrolę nad sytuacją.

W siódemce udało mi się wykonać zabieg przycięcia skrzydełka matce. Cała operacja zakończyła się sukcesem. To matka kupiona w 2013 roku — nie chciałbym jej stracić, bo to już pszczele VIP.

Przeglądam trzynastkę z nową rójką. Matka jest bardzo mała dlatego, że jeszcze nieunasienniona. Zaznaczyłem ją, żeby nie zgubić. Dodałem im cztery ramki z węzą i podkarmiłem litrem invertu. Niech mają na start, jak młode małżeństwo wprowadzające się do nowego mieszkania.

27 maja 2014 rok

Dzisiaj jestem w Krakowie, spokojnie załatwiam sprawy, aż tu koło dziesiątej dzwoni sąsiadka z tekstem:

„Pieroński rój wisi na jesionie!”

No pięknie. Pieroński, czyli wiadomo — duży, z charakterem i z ambicjami. Myślę: pewnie polecą dalej, ale kończę szybko sprawy i koło południa dzwonię, żeby sprawdzić, czy jeszcze są. „Są, wiszą dalej.” No to jadę na wieś.

Koło trzynastej jestem na miejscu. Patrzę — na wielkim jesionie, jakieś osiem metrów nad ziemią, wisi rój jak z reklamy miodu. Ogromny. Taki, że człowiek od razu wie: to będzie robota na wysokościach.

Co robić? Przeciągam węża z wodą, jakoś udaje mi się je spryskać. Podstawiam rozkładaną drabinę, biorę piłę i powolutku wspinam się na drzewo. Pszczoły wiszą na gałęzi daleko od pnia — nie ma szans na klasyczne strzepnięcie. Więc robię to, co każdy pszczelarz zrobiłby w takiej sytuacji: ucinam gałąź.

Gałąź spada, rój się rozlatuje, pszczoły krążą jak samoloty nad lotniskiem. Dokładnie tak, jak przewidywałem — po chwili siadają w trochę lepszym miejscu. Też wysoko, ale już mogę podczepić paczkę z ramką. Wyciągam ją na lince jak alpinista sprzęt.

Kiedy paczka jest dobrze zawieszona, trzepię gałęzią i pszczoły wpadają do pudła. Jeszcze jedno poprawienie, trochę cierpliwości, uspokajają się, więc opuszczam paczkę na lince. Udało się! Na ziemi zamykam pudło, niech reszta dołączy.DSC_0003

Na szczęście mam przygotowany ul — stary warszawski, kupiony i wyremontowany. Po południu wsypuję pszczoły i wstawiam im cztery ramki. Tak powstaje ul nr 11.

Ramki… no tak. Ramki to u mnie temat wiecznie aktualny. Ciągle ich mało, jakby znikały w czarnej dziurze.

Sprawdzam ósemkę po wyrojeniu — mateczniki wygryzione, matki nie widzę. Zaglądam do nowej dziesiątki — już się zagospodarowały. Znalazłem matkę, zaznaczoną żółtym pisakiem, czyli stara znajoma z któregoś z moich uli.

DSC_0098

28 maja 2014 rok

Następna rójka siadła, tym razem na Migdałku, krzew dość wysoko rosnący, ale ma cienkie gałązki, więc spokojnie mogę strząsnąć je do pudła. Mam przygotowany (wyremontowany) ul warszawski, więc po kilku godzinach wsypuje je do ula i daje im kilka ramek z miodem i węzę. Będzie to ul 12sty.DSC_0013

Przewijanie do góry